czwartek, 7 czerwca 2012

Trzydzieści sześć.

      Jeżeli możecie, macie czas i możliwości wejdźcie na onedirection.pl i zagłosujcie w sondzie na mojego bloga! Bardzo mi zależy na każdym glosie. Dla was to jest kilka sekund,a dla mnie znaczy bardzo wiele. Sonda znajduje się po prawej stronie, praktycznie na samym dole *: Z góry dziękuje za każdy głos!

 _______________________________

      Wpatrywałem się w Harry'ego, który niecierpliwie chodził po kuchni. W jednej chwili był przy lodówce, a kilka sekund później mój wzrok podążył w stronę holu, w którym Harry zakładał swoje vansy.
- Gdzie idziesz? - spytałem i podszedłem do niego, przyglądając się jego dłoniom, które zgrabnie wiązały sznurówki. Założył bluzę i wyszedł z domu, nie odpowiadając na moje pytanie. Podszedłem do okna i zauważyłem, ze Harry kieruje się w stronę centrum, na pieszo.
       Zastanawiało mnie, gdzie podział się dawny Harry, który gdy miał problem po prostu z tobą rozmawiał, a nie wychodził, żeby się napić. Prosił o radę, zastanawiał się nad sensem życia, męczyły go dziecinne pytania typu: ''dlaczego niebo jest niebieskie", albo "dlaczego piekarnik nazywa się piekarnik, a nie toster". Tęskniłem za tym dziecinnym i zwariowanym nastolatkiem, który z chęcią wszystkim pomagał. Teraz miałem przed sobą dojrzałego, choć trochę niezrównoważonego mężczyznę, który nie potrafił pozbierać się po stracie dziewczyny, choć to zazwyczaj on zrywał, a nie zostawał porzucany - tak naprawdę, była to dla niego nowość, choć niezbyt miła.
     Jest niedziela po południu, a ja siedzę SAM w domu i wpatruje się w obraz psów grających w pokera. Kto to w ogóle tu powiesił? Przecież psy nie potrafią grać w pokera, a tym bardziej siedzieć na krzesłach tylko na dwóch łapach. Wpatrywałem się w ten obraz jeszcze z dobre pół godziny, sam nie wiem dlaczego to robiłem skoro wcale mi się ten obraz nie podobał. Wstałem z kanapy i ruszyłem do kuchni, żeby coś przegryźć zanim wróci cała zgraja bachorów. Nie pamiętam, żebym był w ciąży, a jednak cały czas słyszę: ''Niall zrób mi kanapkę.", "Niall nie mam co ubrać.". Szału można dostać od tego wszystkiego. Nagle zawibrował mi telefon. Wysunąłem telefon z kieszeni i spojrzałem na ekran: 1 wiadomość Olivia.
"Przepraszam, że tak wyszło. Już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Żegnaj!"
Nie wiedziałem co się dzieje, ani dlaczego Liv się ze mną żegna, a kiedy do niej zadzwoniłem nie odbierała. Próbowałem dodzwonić się do niej jeszcze kilka razy, ale bez skutku. Za każdym razem włączała się automatyczna sekretarka, która dobijała mnie swoim głosem. Tak długo dzwoniłem, aż zapamiętałem całą tą formułkę. Przepraszamy, wybrany abonament jest tymczasowo niedostępny. Prosimy spróbować później.  Bla, bla, bla. Chcę spróbować teraz i żadna sekretarka nie będzie mi mówiła, co mam robić. Zadzwoniłem do matki Liv, żeby zapytać się, czy ona może u nich jest, ale usłyszałem tylko, ze Liv powinna być już dawno w domu i nie odbiera telefonu. Rozłączyłem się i spróbowałem ponownie zadzwonić do Olivii, ale i tym razem odezwała się automatyczna sekretarka. Napisałem kilka wiadomości do niej, ale na żadną nie uzyskałem odpowiedzi. Zadzwoniłem do matki Liv jeszcze raz, żeby spytać czy przypadkiem dotarła do domu.
- Ona ma schizofrenię, Niall. A jeśli sobie coś zrobiła!? Nigdy sobie tego nie wybaczę. Nigdy, rozumiesz?!
Zamknąłem klapkę telefonu i wpatrywałem się w niego przez jeszcze dobrą minutę. Włączyłem laptopa Katie i wpisałem w wyszukiwarkę schizofrenia. Przeczytałem kilka artykułów znanych lekarzy na temat tej choroby i przeraziłem się. Jeśli Liv ma schizofrenię to naprawdę mogła sobie coś zrobić. Z nadzieją ponownie wybrałem numer Liv i tym razem odebrała, ale jedyne co usłyszałem to trąbienie aut, krzyki i cichy głos Liv:
- Przepraszam cię, Niall. Ja już tak dłużej nie mogę. Kończę z tym wszystkim raz na zawsze.
- Nie! - krzyknąłem. -Poczekaj. - nie usłyszałem nic, tylko nierównomierny oddech. Zacząłem mówić, spokojnie i cicho:
- Liv, posłuchaj. Nie możesz tego zrobić. Zaraz do ciebie przyjadę, tylko powiedz mi gdzie jesteś.
- Civic Center.
- Już jadę. - powiedziałem i ruszyłem w stronę wyjścia, mając cały czas telefon przy uchu. Wspominałem dawne czasy i opowiadałem jej o jakichś miłych rzeczach. Próbowałem odwrócić jej uwagę od skoku, bo prawdopodobnie to postanowiła zrobić. Pół godziny później byłem już w Civic Center, spytałem się Olivii, gdzie dokładnie jest. Stałem niedaleko Katedry naszej Pani od Aniołów (Cathedral od Our Lady of The Angels).
- Stoję na dachu Katedry. - spojrzałem się w tamtą stronę i przeraziłem się, kiedy zobaczyłem Olivię na dachu. Szybko wybiegłem z auta Harry'ego i ruszyłem w tamtą stronę. Powiedziałem strażakom, że ją  stamtąd ściągnę i wpuścili mnie. Tłum był oddzielony od Katedry długim sznurkiem, którego pilnowali strażacy i policjanci. Katedra nie była wysoka, ale jeśli Liv by skoczyła, z pewnością nie przeżyłaby tego. Pobiegłem schodami na górę i po drabince wszedłem na dach. Olivia stała na krawędzi i mamrotała sobie coś pod nosem. Podszedłem do niej powoli i cho, tak aby jej nie przestraszyć, powiedziałem:
- Cześć, Liv. - po chwili uznałem, że to głupie. Jak mogę się z nią witać w tej sytuacji? Olivia odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się, jednak nadal się odeszła od krawędzi.
- Podejdziesz się przywitać? - Olivia spojrzała się na mnie tym razem bez uśmiechu i wymruczała tylko:
- Wiedziałam. Nie przyszedłeś się pożegnać, ani nic z tych rzeczy, prawda?
- Nie. - postanowiłem być szczery. - Dlaczego chcesz to zrobić?
Liv stała na krawędzi i patrzyła się w dół. Tłum oszalał, kiedy trochę bardziej się przechyliła. Mi także na moment stanęło serce. Wpatrywałem się w jej plecy i w duszy modliłem się o to, aby zrezygnowała ze swojego pomysłu. Zeszła tutaj do mnie i żebym mógł ją spokojnie zawieźć do domu.
- Za duży bagaż z przeszłości.
- Liv, bagaż zawsze można opróżnić. Nie musisz go nosić przez wieczność. Wyobraź sobie, ze wspomnienia to zwykła walizka, zawsze możesz z niej coś wyciągną. Zapomnieć o tym i zostawić na biurku w pokoju.
- Tak, ale nadal będziesz o tym pamiętał, bo będziesz myślał, czy przypadkiem nie postąpiłeś źle.
- Jednocześnie możesz o tym myśleć, ale możesz postanowić, że to nie jest potrzebne i zrezygnować z tego. Zapomnieć, Liv.
- Nie da się, Niall! - krzyknęła rozwścieczona Olivia i lekko się przechyliła. Wydałem cichy okrzyk, ale nadal do niej nie podszedłem. Kiedy spróbowałbym, ona pewnie by zagroziła, ze skoczy, a tego na pewno nie chcieliśmy, a przynajmniej ja nie chciałem. 
- Wszystko się da, Liv, jeśli tylko uwierzysz.
- Wierzyłam w twoją miłość i co mi z tego? Gówno, Niall. Zostałam zraniona i zostawiona na pastwę okrutnego losu. Tyle dla ciebie zrobiłam. Pomogłam ci pożegnać przeszłość, przywitać przyszłość,  ty czym mi się odwdzięczyłeś?! Zostawiłeś mnie, Niall. Zostawiłeś. Samą ze sobą, ze swoimi problemami. nie interesowało cię to, jak ja się czuję. Interesował cię tylko interes Katheriny. Ja byłam tylko zwykłym wspomnieniem, rozmazanym przez obraz tej dziewczyny, która zajęła moje miejsce.
- Nikt nigdy nie zajmie twojego miejsca, Liv. Zawsze będziesz w moim sercu, niezależnie od tego, co zrobiłaś. - kłamałem jak z nut, ale tylko to teraz mogłem zrobić. Chciałem uratować ją od czegoś, co nie powinno spotykać młodych osób. Oczywiście jest to kolej rzeczy. Żyjemy, umieramy. Tak to już jest w naturze, ale Liv? Ona ma przed sobą jeszcze tyle życia...
- Naprawdę? - spytała, a ja się przez chwilę zawahałem i to był mój błąd. - Kłamiesz! - powiedziała i lekko ruszyła się w przód.
- OLIVIAAA! - krzyknąłem za nią, ale nie zdążyłem jej złapać. Jej żywot się skończył. Klęknąłem dalej krawędzi i pomodliłem się za nią. Tylko to mogłem teraz zrobić.


***
- Whisky z colą. - powiedziałem po raz któryś do barmana, który najwyraźniej miał mnie już dość. Działałem mu na nerwy i było to widać z odległości stu metrów. Z pewnością nienawidził klientów, którzy przychodzili się do niego wyżalić i upić do nieprzytomności. Szkoda, ze ja byłem jednym z nich. Siedziałem w barze od godziny i zdążyłem już wypić dziesięć albo dwadzieścia kieliszków whisky. Zdecydowanie za dużo, ale nie  poczułem się lepiej, wiec piłem dalej. Po chwili dołączyła się do mnie wysoka blondynka o nieziemskiej urodzie. Spojrzała się na mnie - także była lekko przypita. 
- Godzina 17, a my już nie czujemy gruntu pod nogami. - powiedziała i usiadła obok mnie przy barze. Barman najwyraźniej był juz u kresu wytrzymałości, bo wystawił nam całą butelkę whisky i odszedł. I dobrze - pomyślałem i wypiłem z gwinta kilka łyków. 
- Mów za siebie. Ja czuję się całkiem dobrze.
- Jestem Jenny,  a ty? - powiedziała blondynka, która lekko zataczała się na krzesełku.
- Twoje marzenie. - odpowiedziałem i zwróciłem się w stronę toalet. Chciało mi się siku - to było jedyne pewne stwierdzenie w moim życiu. Byłem w toalecie sam, więc mogłem do woli rozglądać się dookoła. W towarzystwie było to zabronione. Wzięliby mnie albo za jakiegoś fetyszystę, albo geja. Po chwili usłyszałem jak drzwi się otwierają, a w drzwiach stanęła Jenny. Teraz dopiero mogłem zobaczyć ją w całej okazałości - była piękna i pewnie, gdyby skoczyła z poziomu swojego EGO na poziom swojego IQ, zabiłaby się. Można to było łatwo stwierdzić, ale chciałem zabawy, a ona rzeczywiście wyglądała jak maszyna do seksu. Podeszła do mnie i mocno przylgnęła do mnie, delikatnie jeżdżąc kciukiem w górę i w dół po moim torsie. Perspektywa uprawianiu seksu w łazience niezbyt mi się podobała, więc spytałem ją, czy nie wygodniej będzie w moim domu, tzn. w domu Nialla, w którym i tak pewnie nikogo nie będzie. Zaciągnąłem ją za rękę do jej auta, w którym ledwo co się powstrzymywała od rzucenia się na mnie. Dotykała mnie po udzie, delikatnie przybliżając się do wewnętrznej strony. Dużo wypiłem, ale na chłopski rozum brać, nie byłem pijany, a przynajmniej tak sądziłem. Mimo tego, ze mogłem mieć kilka promili alkoholu we krwi, bezpiecznie dojechaliśmy do domu. Zaprowadziłem ją do domu i nawet nie zdążyłem zdjąć butów, Jenny już leżała przy mnie i nachalnie mnie całowała. Nie chciałem się sprzeciwiać, choć niezbyt podobał mi się perspektywa jej języka w mojej buzi. Wpychała go tak głęboko, ze czasami myślałem, ze zwymiotuję pod jej nogi. Postanowiłem przejąć kontrolę. Rzuciłem ją na łóżko i namiętnie całowałem po całym ciele. Jej mowa ciała mówiła, ze chce tego bardziej niż każda moja cząsteczka ciała. Żałowałem, ze na jej miejscu nie może być ktoś inny... Ale jak już się bawić to niezależnie od osoby...


____________________
Pam, pam, pam, pam. Macie szalonego Harry'ego i wysoką blondynkę - Jenny :3
 Padło pytanie jak zgłosiłam się do konkursu na onedirection.pl, (głosujcie! haha). Otóż nie zgłaszałam się, Skyler poinformowała mnie w komentarzu, ze mój blog został nominowany. nie mam pojęcia jakim cudem został on zauważony ani nic z tych rzeczy, ale bardzo mi miło z tego powodu! :3



A jeśli już pisać to pełna parą. Jeśli lubicie muzykę to wchodźcie na https://www.facebook.com/suchypl  i polubcie stronę mojego dobrego znajomego(pozdrawiam haha). Potrzeba mu mocnego kopniaka w tyłek i motywacji, żeby zaczął tworzyć! A tak w ogóle to obiecał mi mash up, a ja bardzo go chcę! haha, Polubcie, a sprawicie mu ogromną radość! :3

3 komentarze:

  1. zajebiste!! :)
    zapraszam do komentowania 28 rozdziału :)
    http://galaxy-strawberry.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. GRATULACJE!!!!
    Haha, jak narazie prowadzisz, no i dobrze o to chodzi twój blog jest swietny, każdą sytuacje opisujesz tak realistycznie, że czytając mam ją prze oczami..
    Oby tak dalej, a wygrasz... Do kiedy trwa ten konkurs??

    OdpowiedzUsuń
  3. Okey, nie powinnam tego czytać, bo się poryczałam jak głupia w tym momencie, gdy Liv skoczyła i nie dałam rady dalej doczytać, więc mi to trochę zajęło.
    Rozdział jak zwykle zajebisty. No i gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń

Statystyka.

Obserwatorzy